Pytania
Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Polskie prawo pracy powinno chronić przed realną dyskryminacją, a nie zamieniać ogłoszenia o pracę w pole ideologicznej inżynierii językowej.
Nikt tutaj nie kwestionuje zakazu dyskryminacji. On jest w Kodeksie pracy i powinien być egzekwowany. Ale czym innym jest walka z realnym naruszaniem praw pracowników, a czym innym zmuszanie pracodawców, w tym małych firm rodzinnych, do zastanawiania się, czy nazwa stanowiska jest wystarczająco neutralna płciowo czy może już naraża ich na zarzut naruszenia przepisów.
Dlatego pytam rząd: Ile konkretnie przypadków dyskryminacji na rynku pracy rozwiązano dzięki temu obowiązkowi? Ilu pracowników realnie zyskało na tym, że państwo zaczęło kontrolować język ogłoszeń? Czy przeprowadzono rzetelne konsultacje z pracodawcami, szczególnie z mikro-, małymi i średnimi przedsiębiorcami? Czy ktoś policzył, ile czasu i pieniędzy firmy będą musiały poświęcić na dostosowanie ogłoszeń do urzędniczych wyobrażeń o języku?
Państwo nie powinno mówić przedsiębiorcy, jak ma nazwać stanowisko, jeżeli nie dyskryminuje kandydatów i przestrzega prawa. Przepisy mają być jasne, praktyczne i zrozumiałe, nie mają tworzyć kolejnej pułapki dla pracodawcy.