Styczniowe dane z rynku pracy to zimny prysznic dla rządowej propagandy sukcesu. Płace w sektorze przedsiębiorstw rosną najwolniej od 5 lat, zaledwie o 6,1% rok do roku. To wynik wyraźnie poniżej oczekiwań. A zatrudnienie? Sensacyjny spadek: o 9,8 tys. etatów, i to w miesiącu, który statystycznie niemal zawsze przynosił wzrost. To dopiero drugi taki styczniowy spadek w historii tych danych. Poprzedni był w czasie lockdownów. Dziś nie mamy pandemii. Mamy za to niepewność gospodarczą, rosnące koszty i brak zaufania do polityki rządu.
Owszem, realne płace jeszcze rosną, bo inflacja spadła, ale nominalna dynamika wyraźnie hamuje. A gdy firmy przestają zatrudniać i zaczynają ciąć etaty, to jest to sygnał ostrzegawczy. To znak, że przedsiębiorcy przestają wierzyć w stabilność i przewidywalność państwa. Rząd będzie tłumaczył to zmianą próby statystycznej. Tylko że przedsiębiorcy nie operują na próbie statystycznej, oni operują na realnych kosztach, rachunkach i zamówieniach. I coraz częściej mówią wprost: ograniczamy inwestycje, ograniczamy zatrudnienie, czekamy, co dalej. To nie jest silna gospodarka. To gospodarka, która zaczyna się zwijać.
Jeżeli najpierw hamują płace, potem spada zatrudnienie, a równocześnie rośnie zadłużenie państwa, to znaczy, że fundamenty zaczynają pękać.